Pomagając innym dostajemy skrzydeł – część II

kasiab, 17 maj, 2017 - 14:40
Martyna Sergiel

Z Barbarą Grochal – koordynatorem wolontariatu dla Hospicjum Palium i organizatorem akcji „Dzień Motyla” rozmawia Martyna Sergiel.

 

Martyna Sergiel: Ludzie są różni – czy wrażliwości Pani zdaniem idzie się nauczyć poprzez wolontariat i poprzez pomaganie innym? Co Pani robi, kiedy na przykład spotyka się Pani z obojętnością?

 

Barbara Grochal: Wie Pani, co, ja mam taki przykład i to być może jest najlepsza odpowiedź, bo tak jak Pani słusznie powiedziała ludzie są różni. Kiedyś przyszła do nas pewna dziewczyna. Czasami bywa, że trafiają tutaj ludzie, którzy mają pomagać w Hospicjum „za karę”. Ja bardzo się przeciwko temu buntuję, ale powtarzam sobie: „a może jest tutaj po to, aby czegoś się nauczyć”. Sama zawsze twierdzę, że wolontariat jest nagrodą a nie karą, wolontariat jest wolnością, a nie przymusem – w związku, z czym trudno mi zrozumieć to sformułowanie – „kara”. Zdarza się jednak, że, ktoś dostał jakieś orzeczenie sądowe i znajdzie się w sytuacji, w której jest zmuszony przyjść tutaj i odpracować. Być może to nie jest do końca dobre słowo, ale powiedzmy, że tak to wygląda, jest postanowienie i trzeba się jemu podporządkować. Kontynuując: przyszła kiedyś do nas dziewczyna, z woli swoich rodziców, ponieważ stwierdzili oni, że musi coś ze sobą zrobić. Nie mogli się z nią porozumieć, a w szkole też trudno było jej się dogadać. Rodzice wpadli, więc na pomysł, żeby „wysłać” ją na wolontariat, a ponieważ ktoś znajomy pracował u nas, zaproponowano jej, żeby przyszła. Pracowała z nami dwa tygodnie. Czas ten był bardzo trudny, bo pomagała nam w złości i z pretensjami, że, z jakiej racji ona musi tutaj przychodzić. Kiedy już minęły te dwa tygodnie, dziewczyna zaczęła tak powolutku to miejsce jakby to ująć ”dla siebie oswajać” i kiedy minął już okres nauki i skończył się obowiązek przychodzenia do nas, wolontariuszka tak mocno zaangażowała się w pomaganie, że, jest do dzisiaj z nami i sama tworzy niezwykłe wydarzenia, w których bierze potem udział. Co więcej, jest nawet liderem w swojej szkole. Wolontariat ją rzeczywiście bardzo zmienił, patrzy zupełnie inaczej na życie, wręcz jest opoką dla swoich rodziców i myślę, że to jest pewnego rodzaju znak. Oczywiście, to jest tylko taki spektakularny przykład, ale każdego z tych młodych ludzi wolontariat bardzo zmienił, na wiele rzeczy mają oni inne spojrzenie, odmienne podejście do życia. Zastanawiam się czasami, jak to jest, że oni się mną jeszcze nie znudzili, bo ja stale coś od nich przecież chcę, a oni wciąż są otwarci i nieustannie wymyślają nowe rzeczy. Zdarza się też, że nowi ludzie przychodzą po śladach tamtych, bo widzą, że to jest dobra droga. W ciągu swojej wieloletniej pracy nigdy nie usłyszałam słowa odmowy czy okazania zniechęcenia. Wiadomo, że są różne sytuacje, ale pewna niebywała otwartość cechuje tych młodych ludzi i oni nie będą nigdy jakimiś szowinistami, źle nastawionymi do ludzi, bo oni są po prostu bardzo otwarci. To wszystko sprawił wolontariat, otworzył ich na wiele nowych kwestii, które spotykają na swojej drodze.

 

Martyna Sergiel: Nauczył też ich na pewno pokory…?

 

Barbara Grochal: A tego, to uczymy się codziennie. Uważam, że jak coś nam nie wyjdzie, ktoś nas źle potraktuje, akcja się do końca nie uda – to jest wówczas niesamowita lekcja pokory. Oczywiście, odchodzenie naszych pacjentów też jest lekcją pokory, że potem gdzieś będzie ten kres i wtedy nie będzie się liczyło to, kim byłem, ile miałem pieniędzy, tylko jak przeżyłem swoje życie, jaki byłem dla drugiego człowieka.

 

Są u nas takie sytuacje, kiedy jest mama, która miała czwórkę dzieci i żadnego z tych dzieci przy niej nie ma. To właśnie jest w tym przypadku dowód na to, co działo się wcześniej. Są też inne sytuacje, pozytywne: na przykład ojciec, przy którym cały czas czuwają dzieci, to też jest wynik wcześniejszej relacji. Jeżeli jest młody człowiek i są przy nim cały czas przyjaciele, jest mnóstwo przyjaciół, którzy nie boją się, przychodzą, wspierają – to też jest doświadczenie, każda sytuacja tutaj, to jest nauka.

 

Martyna Sergiel: Jestem osobą niepełnosprawną i uważam, że z niepełnosprawności mogą płynąć pewne pozytywy – uczy na przykład pokory i wytrwałości czy wrażliwości, a czego Pani zdaniem można się nauczyć poprzez doświadczenie cierpienia i odchodzenia na drugi świat?

 

Barbara Grochal: Przede wszystkim to, co Pani powiedziała wcześniej – pokory. Mamy tutaj pacjenta, który jest już z nami długo, bo 4 lata, a choroba jego wciąż postępuje, trudno było się z nim nie zaprzyjaźnić – jesteśmy, więc w najlepszych stosunkach. Każdego dnia uczymy się od niego pokory. Pokazuje nam, że wszystko, co znaliśmy do tej pory, co nam się wydawało, że wiemy, rozumiemy, jest zupełnie inne i w tym punkcie te wszystkie nasze myślenia, plany, są po prostu kwestią danej chwili i mogą zniknąć lub zmienić się i tego zdecydowanie uczymy się w tym miejscu.

 

Z drugiej strony pracuje z nami taki wolontariusz, nazywa się Przemek Kowalik. Przemek 13 lat temu miał wypadek samochodowy i od tego czasu porusza się na wózku. Chłopak ten mówi, że wózek dał mu nowy świat, nowe życie i kocha swój wózek. Kocha, bo otworzył go na wiele nowych wyzwań. Od momentu, kiedy porusza się na wózku robi tak dużo – przejechał Polskę z zachodniej na wschodnią granicę, z północy na południe, przejechał całą Europę, przejechał Anglię, Irlandię, za każdym razem mówiąc o tym, że można, że tak naprawdę to zależy od nas. Realizuje się w pracy, pomaga wychować dzieci, które tak naprawdę nie są jego dziećmi, ale wychowuje je jak swoje i myślę sobie, że jest on bardzo ważną osobą w ich życiu. Przemek robi tak dużo, że to, co my robimy tutaj będąc „zdrowymi” nijak ma się do tego, co on potrafi ze swoim życiem zrobić i myślę, że takich właśnie osób jak Przemek jest wiele. Ludzi, którzy udowadniają, że nasze granice są w naszej głowie, a ponadto, są nasze chęci i wola, żeby coś zmienić, żeby działać. Przemek przez pierwsze dwa lata patrzył w sufit, aż nie znalazł się jeden człowiek, który mu pomógł. To jego wielki przyjaciel Leszek, który podał mu dłoń i zaczęło się tak wiele dobrych rzeczy dziać w jego życiu. Przemek obecnie przyjeżdża tutaj do Hospicjum, jako wolontariusz, jest on najbardziej wiarygodną osobą z nas, będąc wolontariuszem, który porusza się na wózku i jednocześnie pokazuje ludziom, że będąc na wózku można zrobić tak wiele.

 

 Martyna Sergiel: Na Dniu Motyla nagłaśniali Państwo potrzebę rozbudowy placówki, ponieważ nie starcza Państwu łóżek dla pacjentów. Zrobiła już Pani wiele dla ludzi, dla drugiego człowieka, jakie są Pani cele na przyszłość i jakie ma Pani największe marzenie?

 

Barbara Grochal: Czasami to nagłaśnianie, to jest tworzenie kapitału na później, być może przyjdzie taki moment, ze będziemy chcieli o czymś ważnym powiedzieć, na przykład o budżecie, wówczas będziemy mieli wśród ludzi zrozumienie, bo już wcześniej o nas słyszano i pewnie tak wiele organizacji działa, ale czasami też robimy zbiórki. Mówiąc natomiast o naszych celach – nagłaśniamy potrzebę rozbudowy Hospicjum, bo każdy, kto tutaj pracuje wie, że co najmniej 30 osób oczekuje codziennie na przyjęcie na oddział i wszyscy powinni znaleźć u nas miejsce, bo nie sposób ludziom odmówić pomocy. Oczywiście my mamy jeszcze w Hospicjum domowym teoretycznie 135 miejsc, ale tam z kolei jest około 170 pacjentów, trudno jest nam, bowiem pozostać obojętnymi. To jest cały czas jednak kropla w morzu potrzeb. Jakiś czas temu przed rozbudową, mieliśmy 15, 20 osób w kolejce i wydawało się po prostu okrutne, że w ogóle osoby muszą czekać na pomoc będąc w tak skrajnej sytuacji życiowej. Obecna sytuacja, przerosła te wszystkie granice i rzeczywiście, jeżeli nie uda nam się rozbudować, będzie coraz gorzej. Walczymy teraz o 13- łóżkowy oddział a moim najważniejszym marzeniem jest to, aby kiedy powstanie już ten nowy oddział, żeby była tam najlepsza opieka, – bo nie ściany „tworzą” Hospicjum Palium, tylko ludzie, którzy tutaj pracują.

 

Do pracy w Hospicjum nie ma tak wielu chętnych: pielęgniarek, lekarzy, bo to nie jest spektakularne miejsce, gdzie można osiągnąć jakiś sukces, coś takiego, co będzie głośne, to jest po prostu codzienność. Codzienna mozolna praca, opieka z wielką miłością, nie zawsze doceniana. Moim marzeniem jest to, jeżeli mówimy o Hospicjum, żeby oddział, który powstanie, – bo jestem pewna, że uda nam się je rozbudować – był pełen szlachetnych ludzi, gotowych do niesienia pomocy. Niewątpliwie mamy już wspaniałych lekarzy i pielęgniarki, ale w momencie rozbudowy potrzeba będzie ich więcej. No i fantastyczni wolontariusze.  Żebyśmy potrafili tworzyć zespół, który się pochyla nad chorymi, robi to najlepiej jak potrafi i daje świadectwo człowieczeństwu, temu, że należy szanować godność ludzką na każdym etapie życia, bo umieranie, to też jest część życia.

 

Ksiądz Jan Kaczkowski mówił, że nasz poziom człowieczeństwa, określa to, jak my odnosimy się do drugiego człowieka. Nie ma przecież takiego momentu, w którym możemy powiedzieć, że to się nie zadzieje, bo każdemu z nas taki moment odchodzenia się zadzieje i pomyślmy, jak my byśmy chcieli być wtedy potraktowani, jakiej chcielibyśmy opieki…

 

Z pewnością idealnym miejscem jest dom, rodzina, bliscy, ale w dzisiejszych czasach to jest coraz trudniejsze i to widać, bo rodzina pracuje, czasami wyjeżdża za granicę, jest dużo osób samotnych. W takiej sytuacji, kiedy nie ma możliwości pomocy ze strony rodziny, takie miejsce jest właściwe na ten trudny czas choroby. Moim największym marzeniem jest to, aby powstało tutaj takie miejsce, taki dom na czas choroby, w którym nie zabraknie miejsca dla nikogo. Jest to chyba mój najważniejszy cel, a resztę to już pozostawiam Panu Bogu.

 

Martyna Sergiel: Dziękuję za dzisiejszą rozmowę.

0 komentarzy

Dodaj nowy komentarz