Podejrzeć „tamten świat” przez dziurkę od klucza

marcinl, 31 październik, 2018 - 17:36
Ewelina Węglewska

Z księdzem doktorem Zbigniewem Knopem rozmawia Ewelina Węglewska.

 

1 listopada to dzień szczególny - pamiątka Wszystkich Świętych. Wspominamy tych, którzy odeszli, odwiedzamy cmentarze, zapalamy znicze i popadamy w szczególną zadumę. Proszę powiedzieć, jak powinniśmy obchodzić tę uroczystość, by nie stała się ona kolejnym dniem wolnym od pracy i okazją do „pokazania” się na cmentarzu?

 

Gdy nadejdzie czas ciszy i zadumy, wszyscy, niezależnie od tego, w co wierzymy odwiedzamy cmentarze oraz miejsca śmierci drogich nam osób. Jest to jedyne święto w roku, które skupia wszystkich bliskich przy mogiłach. Dzień Wszystkich Świętych, to także szansa dla wielu ludzi, aby spędzić czas z członkami rodziny i bliskimi przyjaciółmi. To święto przypada jesienią, jest to popularny czas dla rodziny, aby jeszcze przed nadejściem zimy wybrać się na krótki urlop lub odwiedzić krewnych mieszkających w innych miastach.

 

Jest to szczególny dzień w roku, który skłania nas do modlitwy, wspomnień o zmarłych, do zadumy i refleksji. I właśnie w taki sposób powinniśmy go obchodzić.

 

W  listopadowe święto zawsze nachodzą mnie myśli o przemijaniu. Czy to normalne i czym tak naprawdę jest ten stan ducha.

 

Zaduma nad losem ludzi zmarłych towarzyszy człowiekowi od czasów prehistorycznych. Od najdawniejszych wieków powstają cmentarze, które nie tylko dla chrześcijan stanowią miejsca święte, otaczane czcią ze względu na zmarłych, którzy tam spoczywają oraz wiarę w ich życie pozagrobowe. Dlatego świadomość przemijania skłania człowieka do refleksji nad sensem i wartością życia i to jest całkowicie  normalne.

 

Myśl o przemijaniu wszelkich ziemskich spraw jest źródłem nieskończonych cierpień i nieskończonych pocieszeń. Człowiekowi trudno jest wpłynąć na stan swojej duchowości i dlatego jest on inny u każdego. Kształtują go wrodzone skłonności, wartości przekazane przez wychowawców, wpływ innych ludzi i dostosowanie się do współczesnego świata. Płynący czas skłania nas do analizy własnego życia. Zastanawiamy się, czego dokonaliśmy i czego chcielibyśmy jeszcze dokonać, jaki jest cel naszych działań. Ludzie starsi, posiadający życiowe doświadczenie inaczej spoglądają na swoje życie. Zauważają, że nie jest ono tylko ciągiem zysków i strat. Są bliżsi zrozumienia ideałów. I od nich powinniśmy uczyć się spoglądania w przyszłość.

 

 

Jest Ksiądz blisko związany z poznańskim Hospicjum Palium. Czy dla ludzi ciężko chorych, często w stanach terminalnych, ten dzień ma jakiś szczególny wydźwięk?

 

Chorobą naszych czasów jest uciekanie przed cierpieniem, bólem, poczuciem straty. Elementem opieki hospicyjnej jest uśmierzenie bólu, zapewnienie pacjentowi komfortu psychicznego i poczucia bezpieczeństwa. Natomiast właśnie te stany: ból, cierpienie fizyczne, psychiczne, samotność, brak nadziei, tęsknota, paraliż, kalectwo, poczucie winy, poczucie krzywdy, można pokonać jedynie drogą wiary w Bożą obecność i Jego Miłosierdzie. Obecność przy łóżku obłożnie chorego, czuwanie przy łóżku umierającego, pozwala zbliżyć się do tajemnicy życia, to jak podglądanie „tamtego świata” przez dziurkę od klucza - nadal pozostaje on nieznany, bo widać mały horyzont, ale jest już trochę oswojony. Ja wciąż się zastanawiam, dlaczego niektórzy ludzie odchodzą łagodnie, we śnie albo tak nagle, że nic nie czują, chwila i już, a inni trwają w okropnych męczarniach dłuższy czas, marząc, żeby to życie już się skończyło. To jest Tajemnica życia, która każdemu jest przypisana. Sądzę, że ludzie w stanach terminalnych myślą o śmierci i życiu wiecznym. Stąd uroczystość Wszystkich Świętych napawa ich raczej poczuciem nadziei spotkania z Bogiem a zarazem myślą o końcu doczesnego cierpienia.

 

Czy można „oswoić” się ze śmiercią?

 

Nie. Im lepiej i piękniej się żyje, tymbardziej śmierć boli. I to zarówno, gdy chodzi o standard osobistego życia, jak i o relacje z ludźmi. Śmierć, a zwłaszcza myśl, że po niej  następuje już tylko nicość, napawa lękiem. Próbują z nim sobie poradzić wszystkie religie i filozofie świata. Nie ma chyba człowieka na Ziemi, którego nie nurtowałoby pytanie:, dokąd prowadzi śmierć? "Potrzebujemy całego życia, aby nauczyć się żyć, ale co jeszcze dziwniejsze, potrzebujemy całego życia, aby nauczyć się umierać" -  mówi Seneka. Krzepiąca jest myśl, że śmierć, tak nieunikniona, przynajmniej nie jest ostatecznym kresem.

 

Kult młodości, zdrowia oraz nadzwyczajna wiara w rozwój medycyny sprawiły, że dożyliśmy czasów, w których śmierć stała się „wybrykiem natury", czymś nienaturalnym. Zamiast  traktować ją, jako część naszej rzeczywistości, zepchnęliśmy na margines, doprowadziliśmy do jej „odswojenia", ukrycia. Nawet w szpitalach, gdzie jest ona codziennością, pacjenta, który umiera, oddziela się od innych na sali parawanem. Tym samym po raz kolejny dokonuje się proces stygmatyzacji umierania, napiętnowania umierającego. A przecież powinno być zupełnie inaczej...

 

Paradoksalnie można więc próbować oswajać się ze śmiercią - przyzwyczajać się do niej, konsekwentnie zrywając więzi z tym wszystkim, co łączy człowieka z życiem, i co sprawia, że dobrze jest żyć. Albo też można pozwalać pozbawiać się tego wszystkiego - jak to zresztą bardzo często się dzieje. Jak to jednak jest możliwe? Czy nie przeczy naturalnemu dążeniu człowieka do życia mimo wszystko? Mimo cierpienia czy samotności - tak, żeby za wszelką cenę szukać w mrokach egzystencji choćby namiastki szczęścia i rozpaczliwie chwytać się najbardziej kruchej relacji? Warto więc oswajać się ze śmiercią, nabierając dystansu do życia, aby jak najpełniej rozkoszować się nim i tym wszystkim, co ze sobą niesie - choćby to było bardzo niewiele, wręcz maleńkie skrawki, które Bóg daje nam codziennie.

 

 

Czy mimo smutku i powagi tego święta można w nim znaleźć cos optymistycznego?

 

Oczywiście. Te dni napawają mnie optymizmem i umacniają moją wiarę. Bo gdy odwiedzam groby najbliższych, których zresztą coraz więcej jest po tamtej stronie, uświadamiam sobie, że oni cały czas są ze mną, może nawet bardziej, niż wtedy, gdy żyli na ziemi. Ufam, że kiedyś się z nimi spotkam. I że tak naprawdę jest jeden świat, lecz my, ograniczeni ziemskim horyzontem, nie dostrzegamy tego, co widać z perspektywy nieba. Wreszcie, te dni uczą mnie modlitwy za tych, co odeszli. Choć wciąż mam wątpliwości, czy modlić się za moich zmarłych, czy do nich. Żywię bowiem nadzieję, że są oni już w niebie i że mogę prosić ich o pomoc i wstawiennictwo. Żadna modlitwa zresztą się „nie zmarnuje" i zostanie najwyżej ofiarowana za jakąś duszę w czyśćcu, która jej potrzebuje. Wierzę, że ta modlitwa jest dwukierunkowa. Zmarli bowiem mogą też modlić się za żywych. Ciekawie ujął to Dante w XI pieśni „Boskiej komedii" pt. „Oczyszczenie gór": W dniu Wszystkich Świętych ogarniamy pamięcią wszystkich. Nie tylko tych, których imiona zapisane są w kalendarzu kościelnym. Wspominamy także tych, których imion nie znamy, na których może nikt za życia nie zwrócił uwagi, a także tych, którzy nigdy nie starali się o rozgłos, a jednak ich imiona zostały zapisane w księdze życia. Są teraz u Boga - królowie i żebracy, ojcowie i matki, bogaci i biedni, młodzi i starzy. W nich wypełniło się słowo Pana: „W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce, a gdy odejdę i przygotuję wam miejsce przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem” (J 14,2-3). Czyż te słowa nie napawają optymizmem?!

0 komentarzy

Dodaj nowy komentarz