Niepełnosprawni - dobrze, że jesteście

marcinl, 14 marzec, 2018 - 10:39
Martyna Sergiel

Był 1 września i było tak jesiennie, jak tylko można to sobie wyobrazić. Dzieciaki jechały do szkoły w białych koszulach, od których odbijało się słońce dając po oczach.

 

W autobusie panował gwar i ledwo dało się słyszeć własne myśli… wracałam z uczelni cała spocona po egzaminie poprawkowym. Przyciasne buty piły w palce i pomyślałam, że gdyby nie to i niezdany egzamin mogłoby być nawet całkiem przyjemnie.

 

Poprawka egzaminu to nic takiego, ale co, jeżeli taką poprawkę trzeba wziąć na życie?

 

Nie lubiłam tych studiów, ale czułam obowiązek je skończyć. Jakoś tak mam, że kiedy coś zaczynam, muszę to domknąć.

 

To był pierwszy rok, a właściwie niedługo miał rozpocząć się drugi, ale kiedy autobus przystanął, pomyślałam o końcu świata. Jakimś Armagedonie.

 

Pojazd zahamował i tak samo zahamowało moje poczucie rzeczywistości. Umysłem byłam już na innej planecie, wiedziałam, że te studia za bardzo ściągają mnie na ziemię. Sięgnęłam po telefon i zadzwoniłam do Ciebie. Oznajmiłam zdecydowanym tonem, że rzucam naukę i zaczynam od zera. Milczałaś. Wróciłam do domu, a ty wcale nie przekonywałaś mnie, że powinno być inaczej. Powiedziałaś tylko: musimy mieć jakiś plan B.

 

I historia zatoczyła koło. Wróciłam do początku. Nie miałam nic poza dobrymi chęciami, którymi teraz wybrukowane było moje małe piekło. Zaraz, zaraz, było coś jeszcze: ten wspaniały, nieoceniony plan B…, czyli… no właśnie… praca….

 

***

 

6 grudnia 2007, rozmowa kwalifikacyjna.

 

To była standardowa rozmowa o pracę, jedna z tych, które są skazane na niepowodzenie.

 

Ja wiedziałam, że nie pasuję tutaj, a Pani przeprowadzająca rozmowę - szefowa zespołu w dużej korporacji - też doskonale o tym wiedziała, jednak czymś musiałyśmy wypełnić te przewidziane 30 minut.

 

Wypadało więc porozmawiać. Tak się akurat złożyło, że nie miałam wtedy doświadczenia, zatem rozmowa o mojej zawodowej przeszłości nie wchodziła za bardzo w rachubę.

 

Kiedy batalia dobiegała już końca, padło chyba ulubione pytanie wszystkich ludzi bez doświadczenia…

 

-  Czym się Pani interesuje?

 

W życiu nauczono mnie, żeby w takich sytuacjach nie ściemniać, nawet, jeżeli ma się na to ochotę.

 

Spojrzałam rekruterce głęboko w oczy i powiedziałam zdecydowanie, ale z lekką obawą:

 

- Poezją

 

Nigdy nie lubiłam i nie rozumiałam poezji - oznajmiła rekruterka nie skrywając satysfakcji.

 

To może niech Pani pójdzie na jakieś… kulturoznawstwo? Z takimi „fachem” w ręku to na pewno szybko znajdzie Pani pracę - uśmiechnęła się szeroko pokazując białe zęby.

 

No i poszłam….

 

***

 

5 lat później, rozmowa rekrutacyjna zaraz po studiach.

 

Rekruterka siedziała za stołem, uśmiechała się.

 

- Pani wie, że to praca nie dla każdego. Trzeba być mobilnym. Zdarza się czasami, że musimy iść na jakąś wystawę, zrobić zdjęcia…

 

- Umie Pani robić zdjęcia?

 

- Tak, całkiem nieźle

 

- A czym się Pani interesuje i co Pani studiowała za kierunek?

 

- Interesuję się… poezją, studiowałam kulturoznawstwo, a pracę magisterską napisałam o Czesławie Miłoszu - powiedziałam, ale nie bez zawahania w głosie.

 

Zapadła cisza

 

- Lubię Miłosza i też studiowałam kulturoznawstwo - usłyszałam znienacka.

 

Jeszcze chwilę rozmawiałyśmy, i kiedy spotkanie dobiegało już końca, redaktorka oznajmiła:

 

- Widzimy się w następnym etapie i zanim podała mi rękę wydostała się dość dynamicznie zza masywnego stołu.

 

A do mnie dopiero dotarło, że poruszała się na wózku inwalidzkim.

 

Niepełnosprawni - dobrze, że jesteście.

0 komentarzy

Dodaj nowy komentarz