Muszę tam wrócić

marcinl, 6 październik, 2014 - 14:01
Ewelina Węglewska

Z Krzysztofem Gniazdowskim – stomatologiem i wolontariuszem Fundacji Redemptoris Missio rozmawia Ewelina Węglewska.

 

Nie ukrywam, ze powodem naszego spotkania jest akcja „Kup Pan Szczotkę” Fundacji Redemptoris Missio. Właśnie z niej dowiedziałam się o Panu i o Pana wyjazdach do Kamerunu. W tym roku wybiera się Pan tam już po raz drugi. Jako stomatolog - wolontariusz jedzie Pan leczyć żeby małych Kameruńczyków.

 

Tak. Pierwszy raz w Kamerunie byłem dwa lata temu. Mój pobyt wynosił wtedy trzy miesiące. Zapoznałem się trochę z panującymi się tam warunkami i pracą wśród tych ludzi. Byliśmy w polskiej misji chrześcijańskiej w Abong Mbang i pobyt ten wspominam, jako coś fantastycznego i fascynującego zarazem. Kiedy wracałem, obiecałem sobie, że jeszcze tam wrócę. I stało się. . . Już 23 listopada polecę po raz drugi do Kamerunu.

 

Do Kamerunu jeździ Pan, jako wolontariusz. To piękna idea, ale czym ona tak naprawdę jest dla Pana?

 

Zawsze chciałem leczyć ludzi i pomagać im. Już w liceum, jak każdy niemal chłopak, myślałem o wspaniałych przygodach i robieniu wielkich rzeczy. Nie wiem czy moje wyjazdy do Kamerunu są wielkie, ale na pewno są wspaniałą przygodą. Kiedy dwa lata temu dowiedziałem się o programie „Dentysta w Afryce”, bez chwili zastanowienia, przystąpiłem do niego. Mój wyjazd w tym roku jest tylko kontynuacją wcześniejszych decyzji.

 

Praca w Kamerunie była na pewno bardzo trudna. Czy może Pan powiedzieć kilka słów na ten temat?

 

Tak. Wielu Kameruńczyków, szczególnie na wioskach w dżungli, nie znają w ogóle dentystów. Kiedy mają problemy z zębami idą do szamana, który ząb wyrywa. Oczywiście bez znieczulenia i w mało sterylnych warunkach. Pigmeje, bo głównie oni są mieszkańcami tamtych terenów, mają głównie problemy z chorobami dziąseł i przyzębia. Ma na to wpływ jednostajna dieta, uboga w witaminy. Trzeba, więc ratować im ruszające się zęby, nauczyć szczotkowania, mycia i podobnych czynności, które nam wydają się zupełnie oczywiste. Właśnie, dlatego w tym roku akcja „Kup Pan Szczotkę”. W większych miastach dostanie pani co prawda szczoteczki do zębów w sklepach, ale niewielu je kupuje. Kiedy my pokazujemy dzieciom, do czego służy szczoteczka, dajemy im ją, a oni przekazują to w swoich domach, jest szansa, że trafi to do świadomości rodziny i szczoteczka do zębów nie będzie jakimś luksusem czy przedmiotem zbytku.

 

A jak wyglądała Pana praca w Kamerunie?

 

No na pewno inaczej niż w naszych polskich realiach. Tam byłem nie tylko jedynym dentysta w obszarze kilkuset kilometrów, ale również lekarzem. Niektórzy Kameruńczycy traktowali jak lekarza, jak szamana, a niektórzy jak duchownego, bo zwracali się do mnie „ojcze”. Byłem pełen obaw, ale tubylcy okazali się bardzo życzliwi. To są otwarci i ciekawi drugiego człowieka ludzie. Istnieją tam silne więzy rodzinne i międzyludzkie. Pomoc im sprawiała mi wielką frajdę. Oni nigdy nie widzieli na oczy dentysty, ale przede mną nie uciekali. Wiedzieli, że przyjedzie lekarz i im pomoże. Czasami czułem się jak szaman, który robi coś, z czego oni nie zdają sobie sprawy. Kiedy podałem znieczulenie Pigmejom i wyrwałem zęba na pewno myśleli, że to czary.

 

W jakim języku porozumiewał się Pan z tubylcami?

 

Oficjalnym językiem w Kamerunie jest język francuski. Jednak w poszczególnych wioskach istnieją lokalne języki. W całym Kamerunie jest ich ponad dwieście. Nieraz miałem wrażenie, ze nawet mieszkańcy poszczególnych wiosek nie mogą porozumieć się między sobą, z powodu nieznajomości miejscowego języka. W końcu jednak jakoś się porozumiewali. Ja miałem do pomocy siostry z misji, na której mieszkałem. Ich pomoc była nieoceniona.

 

Pobyt na tak odległym kontynencie, to chyba wielki strach i ryzyko: AIDS, malaria, teraz ebola. . .

 

W Kamerunie eboli nie ma, a co do innych chorób tropikalnych muszę przyjąć serię obowiązkowych szczepień.

 

Myśli Pani pewnie, że największym zagrożeniem jest AIDS. Nie jest to jednak prawda. Większym zagrożeniem jest dla mnie praca w gabinecie w Polsce. Mimo zachowania wszelkich zasad nie każdy pacjent przyzna się, ze jest chory na aids, czy w ogóle na coś chory. W Kamerunie w wioskach, w których byłem, wszyscy mieszkańcy mieli książeczki zdrowia, w których zapisane było, na co chorują, w tym również AIDS. Tam badanie na te chorobę jest obowiązkowe. Dostawałem książeczkę pacjenta i wiedziałem już, z kim mam do czynienia. W Polsce rzecz niewyobrażalna.

 

A co jeszcze zaskoczyło Pana w Kamerunie?

 

Generalnie brak próchnicy. Kameruńskie dzieci nie jedzą słodyczy, nie pija słodkiej coli itp. Produkty te są, co prawda dostępne w większych miastach, ale jest to margines. Kiedy badałem dzieci w kameruńskich szkołach, prędzej spotykałem wszelkiego typu zapalenia czy parodontozę, niż próchnicę. Marzyłem wtedy, żeby nasze polskie dzieci miały taki stan uzębienia jak ich koledzy w Afryce.

 

Mówił Pan, że mieszkańcy tamtych terenów, jeśli ich boli ząb, zwracają się o pomoc do szamana. Czy spotkał się Pan z taka osoba?

 

Nie, to jest wielka tajemnica i ponieważ ja byłem w takich regionach gdzie panuje religia chrześcijańska i są misje chrześcijańskie, traktowane byłoby to jako świętokradztwo, mimo iż oczywiście jest. Byłem wiec ja i do mnie zwracano się o pomoc. Leczyłem zęby, wyrywałem je i bardzo mi za to dziękowano.

 

Co najbardziej zafascynowało Pana w Kamerunie i w Afryce?

 

Kamerun to jedno z państw tego pięknego kontynentu. Zupełnie inna kultura, klimat i przyroda. Mnie najbardziej zachwyciły przepiękne ptaki i motyle w dżungli. Nie widziałem za to dzikich zwierząt afrykańskich. Jedyne szympansy widziałem w rezerwacie dla dzikich, chorych zwierząt.

 

Za niecałe dwa miesiące stanie Pan znowu na kameruńskiej ziemi. Co obiecuje sobie Pan po tym wyjeździe?

 

Tego, że spotkam ludzi, których opuściłem dwa lata temu i że znowu będę mógł im pomagać i choć w pewien sposób poprawić ich jakość życia.

 

Jest Pan bardzo młodym człowiekiem. Studia kończył Pan w 2009 roku. Bardzo dużo Pan pracuje, ma swoją działalność gospodarczą, pracuje Pan w pomocy doraźnej, jako wolontariusz w Fundacji Redemptoris Missio, jeździ do Afryki. Czy ma Pan czas na życie prywatne, na jakieś hobby? Co to jest?

 

Pewnie, że mam. Moje hobby to fotografia. Pobyt w Afryce daje mi więc niesamowite możliwości do realizowania tej pasji.

 

Liczę więc, że po Pana powrocie, na naszym portalu pojawią się wspaniale zdjęcia z tej wyprawy i wręczamy szczoteczki, którymi nasz portal chce wspomóc akcję Fundacji Redemptoris Missio.

 

Dziękuję za rozmowę i życzę, aby wszystko się powiodło zgodnie z zamierzeniami i aby szczęśliwie wrócił Pan do Polski. Do zobaczenia w przyszłym roku i  mam nadzieje że z garścią wrażeń, którymi podzieli się Pan z naszymi Czytelnikami.

 

fot: Magdalena  Jurecka

0 komentarzy

Dodaj nowy komentarz