Mój prywatny koniec świata

marcinl, 20 kwiecień, 2018 - 11:40
Martyna Sergiel

Pewnego dnia, wiele lat temu ogłoszono koniec świata.  Miał on przyjść naturalnie, tak jak wygasza się ogień w popielniczce. Wiadomość ta nie należała jednak do całkiem przeciętnych, skoro została podana do publicznej wiadomości… Bez elementu zaskoczenia, bez elementu grozy. Był to komunikat wygłoszony ze spokojem, opanowaniem i powściągliwością.

 

Gdyby było coś takiego, jak urząd premiera międzynarodowego, to on z pewnością ogłosiłby to światu. Taka funkcja jednak nie istnieje, zatem ta rola przypadła prezydentowi Stanów Zjednoczonych. Wydawałoby się, że ludzie wpadną w panikę, będą chcieli przenieść się na Marsa, i zrobią wszystko, żeby przetrwać. Nic się jednak takiego nie wydarzyło. Wieść została przyjęta z zaskakującym, wręcz „niepokojącym” spokojem.

 

Jednocześnie natomiast wzrósł odsetek osób, liczących na cud. Nie wydawało się w tej sytuacji dziwactwem, wierzyć w boską interwencję, czekać na ratunek. Interesujące jest dla mnie jak bardzo to, co uznajemy powszechnie za normę, zależne jest od okoliczności.

 

A teraz pobudka, wróćmy na Ziemię

 

W sytuacji małej apokalipsy nadzieja na to, że rzeczywistość cudownie się odwróci nie jest brana za odstępstwo od tak zwanego „normalnego stanu rzeczy”.

 

W czasach codzienności tak codziennej i szarej, jak tylko to możliwe nie myśli się o rzeczach ostatecznych. Nie bierze pod uwagę, ze jutro rzeczywistość może przewrócić się do góry nogami, a ziemia zatrząść.

 

Bo widzisz, bywa czasem, że człowiek przechodzi swoją własną małą apokalipsę, spada i nie wie, kiedy poczuje grunt pod stopami. Taka niekończąca się podróż wiąże się często z trudnymi przeżyciami, powrotem do zdrowia, po utracie pełnej sprawności lub poważnej chorobie.

 

Przy końcu świata wszystko jest odwrócone, przewartościowane, nawet ludzkie reakcje są przeciwne do tego, jakie według naszych przypuszczeń powinny być…

 

Przeżyliście kiedyś koniec świata? Taki własny, osobisty? Albo chociaż jego początek? Jeśli tak, to teraz czas na dobry powrót do siebie. Do zdrowia. W taki sposób, z łatwością można oszukać życie, którego kres nie jest przecież oznaczony grubą kreską, jak linia mety. Wręcz przeciwnie: są końce i początki, wzloty i upadki… Nie zrozumcie mnie opacznie…

 

Nie wierzę w cuda, ani w to, że idzie uniknąć rzeczy nieuniknionych. Chodzi mi tylko o to, że to nie od nas zależy odejście, pożegnanie z życiem. Być może kiedyś przyjdzie koniec świata, Armagedon. Jednak to nie my o tym zdecydujemy.

 

Jest za to coś, na co mamy wpływ. W naszej mocy leży przetrwanie naszej własnej, osobistej apokalipsy. Powrót do sił fizycznych i psychicznych po przebytej traumie. Istotne jest wówczas, by nie być samemu, nie stronić od innych ludzi i otwarcie mówić o tym, co nas boli i dotyka. Pewien spokój przynosi także otaczanie się osobami, które znajdują się w podobnej sytuacji życiowej. Ta metoda pozwala wyjść z błędnego koła i uwolnić się od pytania: dlaczego właśnie ja?

 

Nic tak nie męczy jak stawianie siebie w roli ofiary. Nie bagatelizuje faktu, że wiele z moich niepełnosprawnych przyjaciół i znajomych zostało skrzywdzonych przez los. Nie zaprzeczam, że jest to horror, jakiego być może nigdy nie doświadczyłam. Mam na myśli jedynie próbę oceny z szerszej perspektywy. Stawianie pytania dlaczego ja? Umieszcza poszkodowaną osobę w centrum i nie pozwala jej uwolnić się od natarczywych myśli.

 

Odpowiedź na takie pytanie, jest być może banalna, jednak nie znam lepszej: to nie tylko Ty… Nie tylko ty jesteś w takim położeniu. Rozejrzyj się, a znajdziesz ludzi, którzy żyją podobnie i w ten sposób poczujesz się lepiej.

 

Być może nadejdzie kiedyś koniec świata, ale nie będzie on już taki straszny, bo Ty już swój przeżyłeś. I wiesz, że sobie poradzisz. Innej możliwości nie ma. Tak samo jak nie ma błyskawic, gromów i przepowiedni, które by zapowiadały koniec świata. Jest naturalna kolej rzeczy i jej naturalny schyłek…

 

Podobnie, jak świat i jego koniec istnieje też odwaga lub jej brak. Po takich przejściach i swoich małych apokalipsach, nie ma już się czego bać. Myślisz, że nie starczy ci sił? Odwagi? Jestem odmiennego zdania. Powodzenia. Trzymam za Ciebie kciuki.

0 komentarzy

Dodaj nowy komentarz