Na Górze... ale na Skłocie

pionadmin, 2 lipiec, 2004 - 16:22
Łukasz Cholewicki

Najprościej byłoby napisać, że był to koncert niezwykły. Inny. Tak może byłoby najłatwiej i - co również ważne - poprawnie politycznie - ale byłoby to kłamstwem. Tak naprawdę był to zwyczajny koncert ze zwyczajną, żywiołowo reagującą publicznością i z normalnym zespołem. Zespołem, który ma problemy z psującym się wzmacniaczem, selektywnym nagłośnieniem, który wcześniej musi się nastroić - przyznacie, że nie ma w tym nic niezwykłego. Chociaż nie... Tak... Był jeden niecodzienny akcent - w czasie występu jeden z gitarzystów przyznał, że tydzień wcześniej grali koncert w szkole policyjnej. To nieczęsto się zdarza. W każdym bądź razie nieczęsto się zdarza zespołom, które występują na poznańskim skłocie Rozbrat.

Orkiestra „Na Górze”, bo o nich tu mowa, grała na Rozbracie 27 kwietnia. Zespół występował już w tym miejscu drugi raz, pierwszy koncert grając w 1999 roku. Tak się składa, że byłem na obu koncertach. Na obu było podobnie.

 

Po pierwsze bezpretensjonalność. Chłopaki nie mają umiejętności King Crimson, bo też nie o to w ich muzyce chodzi. W ich mieszance reggae, ska i rocka liczą się przede wszystkim emocje i tym kupują publiczność. To niewiele dziś znaczy, ale jeśli słowo szczerość  ma jeszcze jakąś wartość, to właśnie w kontekście ich twórczości. Tak musiał wyglądać punk w 1976 roku. Właśnie szczerze i bezkompromisowo. Bez patrzenia na umiejętność gry na instrumentach i fajerwerki techniczne.

 

Słowo punk tym bardziej jest na miejscu, że jeśli myślicie, że „Na Górze” to grzeczny zespół upośledzonych umysłowo, którzy swoją postawą będą wam udowadniać jak bardzo są „okej”, to grubo się mylicie. Ja nie chcę za wiele tu zdradzać, ale na oficjalnej stronie zespołu (www.nagorze.art.pl) jest dział pod wiele mówiącym tytułem „incydenty”, w którym możecie sobie poczytać co to za gagatki. Po prostu rock’n roll!

 

Po drugie publiczność. Chłopaki wychodzą na scenę i ja nie wiem jak to robią, ale już mniej więcej w połowie pierwszego kawałka, pół sali jest ich. Drugie pół (do których ja się, niestety, zaliczam) pewnie nigdy nie tańczy, więc się nie liczy.  Tak było również w ten zimny wiosenny wieczór (w Polsce to nie jest oksymoron) na skłocie, w czasie którego zespół zaprezentował po części znane utwory z pierwszej kasety Kolorowomowa, jak i z ostatniej płyty Rregeneracja. Grali prawie dwie godziny, wykonując swoje wszystkie, wybłagane przez publiczność, hity, zręcznie wplatając kowery (np. „Runął już ostatni mur” Tilt-u). Dramaturgię koncertu takim sceptykom jak ja psuły trochę problemy z wzmacniaczem i będąca następstwem powyższego przerwa, ale poza mną  - jak się wydaje- nikomu to nie przeszkadzało. W tym również Piotrkowi z PTZ Przylesie, który spontanicznie przyłączył się do zespołu i przez cały koncert wspierał go grą na... hm....kongach? Instrumentach perkusyjnych ? Po prostu bębenku? Tak czy siak, duże brawa Piotrek!

 

Konkluzja musi być prosta - po prostu więcej takich imprez. Szczególnie w dzisiejszych czasach, kiedy wszystko musi być wymuskane, profesjonalne,  z odpowiednią oprawą i  jasno sprecyzowanym targetem. Otóż nie. Wystarczą szczere emocje, chęć zabawy i dobre piosenki. A te obronią się same. Przed wszystkimi, nie licząc oczywiście ludzi którzy piszą relacje i recenzje koncertów.

 

Ps. Skłot Rozbrat przeżywa poważne problemy i kiedy czytacie te słowa może być z nim naprawdę krucho, ale ja mam nadzieję, że zobaczę na Rozbracie jeszcze co najmniej jeden koncert Orkiestry „Na Górze”. Da się zrobić, chłopaki?

           

0 komentarzy

Dodaj nowy komentarz