Ubezwłasnowolnienie to ostateczność

pionadmin, 16 grudzień, 2005 - 11:19
Łukasz Cholewicki

- Nie róbcie tego, bo jak was zabraknie, to wasze dziecko stanie się przedmiotem, które można przesuwać – ostrzega rodziców w wywiadzie dla naszego portalu Honorata Wójcicka.

Honoraty Wójcickiej specjalnie przedstawiać nie trzeba. Od lat prezesuje poznańskiemu kołu terenowemu Polskiego Stowarzyszenia na Rzecz Osób z Upośledzeniem Umysłowym, najstarszemu stowarzyszeniu w Polsce pomagającemu niepełnosprawnym. PSOUU prowadzi w Poznaniu m.in. dwa warsztaty terapii zajęciowej, a także hostel. Co roku organizuje też obchody Dnia Godności osób niepełnosprawnych intelektualnie.

- Znana jest pani ze swoich zdecydowanych poglądów na temat ubezwłasnowolnienia osób niesprawnych intelektualnie. Skąd ten sprzeciw?

- Dlatego, że osoba ubezwłasnowolniona staje się przedmiotem i jest uzależniona od tych co nieraz w tylko w cudzysłowiu sprawują nad nią „opiekę”, bo najczęściej chodzi o możliwość wykorzystania. Tylko w ostatecznym przypadku jestem za tym kogoś ubezwłasnowolnić.

- Czym jest dla pani „ostateczny przypadek”?

- Kiedy mówimy o kimś, z kim w ogóle nie ma żadnego kontaktu, kiedy jest sytuacja bez wyjścia - niepełnosprawny leży, nie mówi, jest bez świadomości. Natomiast, kiedy jest przeciwnie – jak najrzadziej. A nawet, jeśli już naprawdę trzeba, bo dana osoba nie potrafi się ani podpisać, ani nic, istnieje zawsze ubezwłasnowolnienie częściowe. Przydatne na przykład do załatwiania spraw urzędowych. Istnieje taka możliwość, ale nikt o tym głośno nie mówi. Poza tym osoby upośledzone wbrew pozorom naprawdę wiele potrafią zrozumieć, często wystarczy im dokładnie i w przystępny sposób wytłumaczyć. Kiedy im się wytłumaczy, ze mają zostać ubezwłasnowolnieni, są temu przeciwni.

- Czy zetknęła się pani z ubezwłasnowolnieniem w życiu codziennym? Na przykład u siebie w stowarzyszeniu?

- Mieliśmy w naszym stowarzyszeniu dwa takie przypadki. Pierwszy dotyczył kobiety niepełnosprawnej, około 30 lat, która mieszkała z siostrą i szwagrem. To była dziewczyna, która swego czasu pracowała w zakładzie pracy chronionej, była świetną pływaczką, zbierała laury. Jej rodzina należała do naszego stowarzyszenia, i któregoś razu z rozmowy wynikło, że chcą ją ubezwłasnowolnić, gdyż inaczej nie uzyskaliby dodatkowego pokoju. Próbowaliśmy ich przekonać do odrzucenia tego pomysłu, ale byliśmy bezsilni. Dziewczyna ta zamieszkała w hostelu (rodzice już nie żyli). Tam byłą szczęśliwa, niestety, z powodów finansowych zabrano ją wbrew jej woli na powrót do rodziny. Powodem była wysoka renta po rodzicach.

- A drugi przypadek? Równie dramatyczny?

- Drugi przypadek męczy mnie do dzisiaj. Przyszła do mnie mama, starsza osoba i mówi, że idzie do szpitala i nie ma nikogo bliskiego, kto zająłby się córką. Umieściła ją więc w hostelu. W szpitalu mama zmarła. Po roku pojawiła się przyrodnia siostra, która za życia mamy dziewczyny nie utrzymywała z nimi żadnego kontaktu. Siostra postanowiła dziewczynę ubezwłasnowolnić, co uczyniła pomimo naszych interwencji. Powodem było mieszkanie własnościowe, które rodzice dziewczyny wykupili na jej nazwisko chcąc zabezpieczyć ją na przyszłość oraz wysoka renta po rodzicach – czyli znów powodem była korzyść majątkowa.

- Kto zajmował się tym mieszkaniem w czasie pobytu tej dziewczyny w hostelu? Stowarzyszenie?

 - Ona sama je opłacała ze swojej renty. Zastanawialiśmy się „co dalej” i w przyszłości planowaliśmy korzystną sprzedaż mieszkania, a otrzymane pieniądze umieścić na koncie dziewczyny, na jej dodatkowe potrzeby (wyjazdy na turnusy, imprezy).

 - W jakim stopniu była upośledzona?

- Był z nią dobry kontakt, doskonale radziła sobie w hostelu. Była umiarkowanie upośledzona, nie było z nią żadnych problemów. Z samoobsługą sobie radziła, pomagała w pracach tak jak wszyscy. Normalnie uczęszczała na warsztaty.

- Czyli nie było żadnych przesłanek, aby ją ubezwłasnowolnić?

- Nie było. Złożyliśmy protest do sądu. Spotkałam się nawet z panią prokurator, która wcześniej rozmawiała z tą siostrą i która powiedziała mi, że zdaje sobie doskonale sprawę, z jakich powodów ta pani chce ubezwłasnowolnienia, ale nie może nic zrobić, bo to najbliższa rodzina. Chodziło o pieniądze z renty i o mieszkanie. W przypadku ubezwałsnowlnienia siostra w imieniu dziewczyny dysponowałaby mieszkaniem jako opiekun prawny.

- Pani zdaniem aspekt finansowy odgrywa dużą rolę w sprawach o ubezwłasnowolnienie?

- Wręcz ogromną. Często dochodzą nas słuchy o takich przypadkach, kiedy po śmierci rodziców rodzina oddaje osobę niepełnosprawną do domu pomocy społecznej, a sama zajmuje się majątkiem. Albo na odwrót – dla pieniędzy biorą niepełnosprawnego do domu, ale się o niego nie troszczą. Zdarza się to szczególnie w prostych środowiskach, ale i w inteligenckich rodzinach również. Pieniądze grają ogromną rolę w procesach o ubezwłasnowolnienie.

- Takie ryzyko wykorzystania istnieje zawsze. I bez ubezwłasnowolnienia rodzina może wykorzystywać osobę niepełnosprawną intelektualnie...

- Gdyby nie było ubezwłasnowolnienia, osoba niepełnosprawna mogłaby sama wybrać do pomocy kogoś, do kogo miałaby zaufanie.

- Ale przecież obowiązkiem sądu jest sprawdzenie czy za każdym razem dobro osoby ubezwłasnowolnianej leży na pierwszym miejscu ?

- Sprawdzają, wyznaczają nawet kuratora. Ale patrzą tylko na to czy osoba ubezwłasnowolniona ma co jeść, ma co ubrać, a w ogóle nie interesuje ich to, czy te osoby mają odpowiednia opiekę i terapię. Czy mogą brać udział w jakiś zajęciach rehabilitacyjnych, czy spędzają czas tylko i wyłącznie w domu przed telewizorem. W ten sposób prawa osób ubezwłasnowolnionych są ograniczone. Każdy człowiek ma prawo do układania sobie życia na swój sposób, a w tym wypadku to rodzina decyduje. Ubezwłasnowolniony nie ma tu nic do powiedzenia. Kurator stwierdza, że krzywda się nie dzieje, bo osoba nie jest bita, jest nakarmiona i ubrana. Czasem może nawet ktoś z nią wyjdzie na spacer... Ubezwłasnowolnienie osób kontaktowych zmienia ich życie w wegetację. Ten przypadek, który panu opisywałam... Dziewczyna siedziała non stop w domu – do 12 miała leżeć w łóżku, tak jak jej kazano, a potem do północy oglądała telewizję. Rodzina miała święty spokój.

- Osoby niepełnosprawne mają problemy z załatwianiem spraw urzędowych...Ubezwłasnowolnienie jest tu jednym z rozwiązań.

- My protestujemy przeciwko ubezwłasnowolnianiu dla wygody urzędników. Wiadomo, że wiele osób ma problemy z pisaniem, czytaniem i matematyką – nawet osoby bardzo sprawne fizycznie mogą nie umieć pisać, bo np. nie chodziły do szkoły. Ja sama mam córkę niepełnosprawną, która czyta dukając. Pisze też. Kiedy skończyła 18 lat i trzeba było podpisać dowód osobisty zażartowałam, że córka stawiając wielkie litery nie zmieści podpisu, wtedy urzędniczka zaproponowała odcisk palca. Oczywiście nie skorzystałyśmy z tego, ale byłam dla niej pełna uznania. Wspominam o tym dlatego, że wtedy urzędnik był życzliwie nastawiony i wiedział, że niekoniecznie musi być ten podpis, wystarczy np. odbicie palca. Natomiast Zakład Ubezpieczeń Społecznych jakieś dwa lata wymyślił, że odbiór rent socjalnych musi kwitować sam niepełnosprawny, bo bez tego podpisu przestaną dawać pieniądze. A jeśli osoba nie jest w stanie się podpisać, to należy ją ubezwłasnowolnić, bo inaczej nie mogą przysyłać renty. I paru rodziców ubezwłasnowolniło swoje dzieci. Wystosowaliśmy wtedy protest, jakim prawem urzędnik może żądać ubezwłasnowolnienia?!

- Czyli problem leży często w nastawieniu urzędników...

- Oni nawet nie wiedzą, że nie mogą tego żądać – tu widzę za małe działania ze strony centrali. Ja dzwoniłam wtedy do ZUS-u do Warszawy. Odpowiedzieli, że to jest niemożliwe. Ja na to, że ludzie skarżą się w wielu regionach kraju. Jeżeli nie będzie się nagłaśniać takich przypadków samowoli, to stale będą się zdarzać. Podobnie było kiedyś z podpisywaniem aktów notarialnych. Ale w tej sytuacji udało się inaczej zinterpretować prawo, bo można ustanowić pełnomocnictwo. Powinna być większa informacja skierowana na temat swoich praw do rodzin osób niepełnosprawnych.

- Mówiliśmy już o urzędach, a co ze szpitalami? Tam też trzeba wyrażać zgodę na przeprowadzenie operacji. Lekarze często są w kropce, gdy mają do czynienia z osobą upośledzoną.

- Tu jest rzeczywiście problem. Osoby niepełnosprawne często nie zdają sobie sprawy z powagi sytuacji. Jeśli lekarz ma dobre podejście i potrafi w prostych słowach wytłumaczyć, że operacja jest konieczna, to zgoda będzie wyrażona. Czyli wiele też zależy od podejścia lekarza. W razie odmowy powinna wkroczyć rodzina. Rodzinie, zwłaszcza tej bliskiej, emocjonalnie związanej z chorym, łatwiej będzie przekonać o konieczności zabiegu.

- A jeśli nie ma rodziny?

- Wtedy jest psycholog. Psycholodzy potrafią rozmawiać z upośledzonymi, widzę to choćby u mnie w stowarzyszeniu. Wyjątkiem są głęboko upośledzeni – wtedy powinien zadecydować już lekarz. Podobnie gdy chodzi o ratowanie życia.

- W hostelu prowadzonym przez pani stowarzyszenie wiele jest osób ubezwłasnowolnionych?

- Tylko dwie osoby na 13 osób.

- To niewiele.

 - To wynik tego, że rodzice wiele lat należą do naszego stowarzyszenia, a my  stale uświadamiamy żeby tego nie robić. Mówimy - nie róbcie tego, bo jak was zabraknie, to wasze dziecko stanie się przedmiotem, które można przesuwać.

- A w jaki inny sposób można zabezpieczyć dziecko po śmierci? Ubezwłasnowolnić może też przecież najbliższa rodzina?

- Nie jestem prawnikiem, ale myślę, że najlepszym rozwiązaniem byłby akt notarialny sporządzony na życzenie rodziców, w którym wyznaczyliby dla niepełnosprawnego dziecka swego następcę – opiekuna – asystenta. Dodatkowo nie wyraziliby zgody na ubezwłasnowolnienie rodzinie. Nie wiem czy w świetle prawa jest to możliwe.

- Ma pani ogromne doświadczenie w pracy z osobami niepełnosprawnymi, i to zarówno dziś, jak i w poprzedniej epoce. Wiele się zmieniło w kwestii ubezwłasnowolnienia?

- Odnoszę wrażenie, że kiedyś nie żądano tak wiele ubezwłasnowolnień! Oczywiście, zdarzały się ubezwłasnowolnienia, ale to były raczej rodzinne przypadki czynione w dobrej wierze. Nie było takiej pazerności jak dzisiaj. Przed rokiem 1989 było mniej przypadków ubezwłasnowolnienia, w którym główną rolę odgrywały pieniądze. I to jest przykre. Gdybym wiedziała, że ktoś decyduje się na ten krok kierowany chęcią lepszej pomocy osoby niepełnosprawnej, to może przekonałabym się. Jednak przeważnie wszystkie ubezwłasnowolnienia dotyczą spraw finansowych. Oczywiście, inna jest sprawa z naprawdę ciężkimi przypadkami. Znajoma ma 20 letnią córkę, leżącą, można powiedzieć: osoba – kwiat. Ona musiała ją ubezwłasnowolnić, ale przeżywa to do dzisiaj.
- Dlaczego dzisiaj jest gorzej?

- Dziś mamy ogromny kult pieniądza i brak skrupułów. Jeśli można kogoś wykorzystać, to dlaczego nie?! Choć akurat te dwa przypadki, o których wcześniej mówiłam, nie dotyczyły ludzi biednych. Inna sprawa, że prości ludzie często nie wiedzą o swoich prawach. Jeżeli urzędnik mówi, że bez ubezwłasnowolnienia nie będzie renty, to robią to. W ogóle moim zdaniem nie może być tak, że najbliższa rodzina ma prawo do ubezwłasnowolnienia.

- A kto jak nie rodzina?!

- Nieraz jest tak, że obca osoba lepiej opiekuje się osobą niepełnosprawną niż rodzina, która w ogóle tego nie robi. Tylko daje jeść i ubiera. Dlaczego oni mają decydować o ubezwłasnowolnieniu? Wcześniej trzeba by zrobić jakiś wywiad, sprawdzić, co się dzieje z tą osobą – czy rzeczywiście jest taka bezwolna, sprawdzić, jakie ma warunki życia i realizacji, z jakich praw korzysta... Rodziny idą często po najmniejszej linii oporu.

- Od tego powinien być m.in. kurator, który powinien umieć to sprawdzić...

- Tak, staranniej powinni badać przyczyny, dla jakich rodzina chce ubezwłasnowolnić upośledzonego. Kurator powinien wcześniej ustalić czy osoba niepełnosprawna ma należytą opiekę oraz możliwość rehablitacji. Może właśnie właściwa rehabilitacja byłaby rozwiązaniem? Jeśli rodzina nie wywiązuje się ze swoich powinności, to jakim prawem ma jeszcze żądać ubezwłasnowolnienia? Już raczej powinno się taką osobę zabrać od tych „najbliższych”, nie musi przecież żyć z nimi.

- Coś na koniec?

- Powinny być wydane informatory o prawach niepełnosprawnych i czego nie można wobec nich robić i stosować. Bo przecież niepełnosprawny ma takie same prawa jak każdy inny człowiek na świecie. Jest takim samym obywatelem jak każdy. Gdyby choć jedna z komisji śledczych, zamiast robić farsę ze śledztwa, zajęła się tą sprawą, to na zdrowie by nam to wszystkim wyszło. Tym bardziej, że zawsze znajdzie się urzędnik w jakimś Pcimiu, który będzie interpretował prawo po swojemu. Prawo musi mieć wykładnię jasną.

- Dziękuję za rozmowę.

0 komentarzy

Dodaj nowy komentarz